25 lipca 2010

Im chyba tylko szatan nie kojarzy się z szatanem

Diabelskie wróżby, niewidzialne demony, Fronda i gejowski seks, czyli reductio ad absurdum.

Światopoglądowe zacietrzewienie niesie za sobą wiele konsekwencji. Czasem strasznych, często śmiesznych. Wydarzenia sprzed kilkunastu dni skłoniły mnie do ogólnokulturowej refleksji pt. „śmiać się czy płakać”.
Sprawa jest powszechnie znana. Dotyczy logo Nowego Sącza. Trudno nie zauważyć, że taka forma promocji miast stała się w ostatnim czasie dość modna. Natura nas jednak tak dowcipnie skonstruowała, że zawsze znajdzie się ktoś, komu wszystko się z d… kojarzy. Nie inaczej było w tym przypadku.

Logo oburzyło Duszpasterstwo Akademickie „Strych”. Członkowie organizacji twierdzą, że symbol promuje homoseksualizm, satanizm i okultyzm. Aborcji z nieznanych względów zabrakło, więc lista wydaje mi się dziwnie niekompletna. Mimo to, pozwolę sobie zarzuty rozłożyć na części pierwsze.

Logo w kolorach tęczy to homoseksualizm

Chciałbym z tego miejsca polecić studentom lekturę Biblii. To taka książka, w której zawiera się doktryna ich wiary. Jest dość gruba i momentami bardzo krwawa (wręcz sadystyczna) ale da się przeczytać. Znajduje się w niej taki „rozdział” – Księga Mojżeszowa. Mówi m.in. o tęczy jako symbolu przymierza między Bogiem i ludźmi.

Warto również dodać, że zgodnie z legendą bardzo kolorowo lubił ubierać się św. Franciszek z Asyżu, nazywany tęczą. Istniały również organizacje nawiązujące do jego filozofii posługujące się tęczową symboliką. Dalsze wnioski aż strach wyciągać!

Kropka to szatan

Duszpasterstwo Akademickie twierdzi, że czarna kropka w środku logo nawiązuje do „zakropkowania”, czyli oddania się we władanie złego ducha. Ów niewidzialny zły demon przejmie dzięki temu władzę nad miastem. I nie pomoże nawet patronka Nowego Sącza – św. Małgorzata Męczenniczka, która swego czasu pokonała piekielnego smoka. Cóż, widać kolorowa dłoń ma większa moc niż bestia z głębin Pandæmonium. Na myśl przychodzi mi w tym momencie jedynie fragment skeczu G. Carlina, świetnego skądinąd komika – „Spooky language. Spooky language designed to scare people. In no way does superstitious mumbo jumbo like this apply to the lives of intelligent, civilized humans in the twenty-first century”.

Samo „zakropkowanie” nawiązuje zaś do okresu supremacji „chrześcijańskiej cywilizacji życia”, gdy za znamię lub pieprzyk w nieodpowiednim miejscu można było skończyć na stosie.

Ręka to okultyzm

Ręka to zdaniem działaczy nawiązanie do chiromancji – wróżenia z dłoni. W moim odczuciu, dłoń nawiązuje raczej do otwartego i pokojowego nastawienia. Psychologia ewolucyjna mówi, że gest otwartej dłoni był wykorzystywany w Środowisku Adaptacji Ewolucyjnej (miejscu, gdzie dawno temu kształtowała się budowa genetyczna i psychiczna naszego gatunku) do demonstracji pokojowych zamiarów. Otwarta dłoń nie może wszak ukrywać żadnych niebezpiecznych narzędzi.

Sprowadzając wszystko do absurdu, można również wspomnieć o nieźle udokumentowanej antropologiczno-językoznawczej teorii, mówiącej, że język rozwinął się z gestów. Czy w języku ukrywa się więc szatan?

W rzeczony absurd da się brnąć bez końca. Socjologiczną ciekawostką byłby happening:

dlatego z pieniędzy podatników władze miasta zgodziły się na logo nawiązujące do symboliki chrześcijańskiej?!

Wszak kolorowa ręką z kropką w środku może symbolizować przybitą do krzyża dłoń Chrystusa. Kolor tęczy, jak było powiedziane wyżej, dotyczyć może przymierza zawartego między Mojżeszem a Bogiem.

Lecz niektórym wszystko nieodłącznie kojarzy się z szatanem.

W rzeczywistości, nie ma w tym symbolu niczego metafizycznego. Kształt logo nawiązuje do widzianej z góry starówki, z czarnym punktem jako ratuszem. A kolorystyka to odniesienie do wielokulturowości i folkloru zamieszkujących te ziemie od wieków Lachów Sądeckich.

Opinia „Strychu” zaskoczyła samego Ryszarda Nowaka (prezydent Nowego Sącza, jeden z założycieli PiS). Rzecz jasna, wysoki urzędnik państwowy w obliczu zwyczajnej głupoty i tak uderzył w błagalny ton. Tłumaczył, że to tylko logo, że przecież św. Małgorzata Męczennica będzie nadal mieć miasto w opiece itd. Taka nasza polska (tfu!) władza, która pada na kolana przed grupą sfrustrowanych fanatyków.

Swoją drogą smuci, że wielu wybitnych ludzi, działaczy społecznych, naukowców doczeka się co najwyżej upamiętnienia w postaci nazwy jakiejś mało istotnej bocznej uliczki. Natomiast żeby zostać patronem całego miasta wystarczy oddawać się odpowiednio długo dewiacjom w postaci celibatu, miłości do niewidzialnych serc zmartwychwstałych Żydów i walce z piekielnymi czarnymi smokami. Najlepiej kosztem możliwie brutalnej i męczeńskiej śmierci.

Absurd goni więc absurd. Czy w tak skrajnych przypadkach może pomóc logika? Jak najbardziej! I to ta z najwyżej półki. Metody dowodzenia do perfekcji doprowadził Tadeusz Kotarbiński. W wypadku „logiki” członków „Strychu” warto odwołać się do tzn. dowodzenia odwodowego („nie wprost”). Chociaż sposób ten był już znany pośrednio Sokratesowi to poziom intelektualnego majstersztyku uzyskał pod auspicjami myślicieli szkoły lwowsko-warszawskiej. Metoda zwana również redukcją do absurdu polega na dowodzeniu fałszywości negacji tezy zadanej poprzez wywnioskowanie sprzeczności z owej negacji.

p = logo zawiera kolorową dłoń z kropką w środku
q = logo jest satanistyczne

Absolutnie absurdalne!

Portal poświęcony (gejom)

W poszukiwaniu kulturoznawczo „oryginalnej” perspektywy zajrzałem do serwisu „Fronda” (portal poświęcony; ostatnio głównie gejom). O ile sam artykuł nie wykraczał szczególnie daleko poza ramy dziennikarskiej obiektywności, to komentarze... Można złapać się za głowę! Ci ludzie naprawdę wierzą, że logo Nowego Sącza to część „głęboko skoordynowanej akcji” satanistycznej. Ewentualnie gejowskiej, bo przecież tęczowa ręką z czarną kropką w środku może również nawiązywać do stosunku płciowego dwojga mężczyzn. Podobnie zresztą jak kielnia i cyrkiel.

Zawsze dziwiła mnie fascynacja z jaką gejowski seks traktują środowiska frondo-podobne. Mi, jako przeciętnemu heteroseksualnemu monogamicznemu mężczyźnie, seks gejowski jest całkowicie obojętny; nie myślę o nim, nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Natomiast forumowe wypowiedzi „Prawdziwych Heteroseksualnych Polaków Katolików” bywają przesączone mniej lub bardziej wulgarnymi wyobrażeniami nt. kontaktu cielesnego dwóch mężczyzn. W najbardziej skrajnych przypadkach takie wypowiedzi przybierają formę numinosalną, gdzie strach łączy się z jakąś dziką, atawistyczną fascynacją. Oczywiście do odczytania między wierszami, mimo intencji przyświecającej autorowi. Podświadomość potrafi wszak płatać różne figle.

Jakże pasjonujący mechanizm psychologiczny musi stać za skłonnością do projektowania na obce osoby własnych wyobrażeń o „brudnych od kału kutasach” czy wkładaniu „chujów w męską dupę”.

Białostockie preludium

Na koniec warto przypomnieć o podobnym zdarzeniu sprzed kilkunastu miesięcy. Ku uciesze gawiedzi odkryto wtedy, że logo Białegostoku do złudzenia przypomina symbol pewnej organizacji LGBT. I cóż się stało? Zły duch zawiódł - w Białymstoku nadal mieszkają heteroseksualiści, a samo miasto wciąż istnieje. Białystok nie podzielił losu Sodomy i Gomory, a że otrzymał dość specyficzną formę promocji to już zupełnie inna bajka. I tym miłym akcentem…

18 lipca 2010

Logika nie jest seksy

- Co tam panie w gospodarce?
- W czym?!

Gospodarka to temat zastępczy. Nie jest zbyt seksy. A wakacje to przecież tradycyjnie okres procesów sądowych o pogwałcenie dóbr osobistych. W główkę robi się goręcej, słoneczko przygrzewa itd. W tym roku na świecznik trafili Andrzej Żuławski i Doda. Obydwoje siebie warci.

Sąd apelacyjny w Warszawie wydał postanowienie zakazujące rozpowszechniania książki Żuławskiego „Nocnik”. Rzecz dotyczy pogwałcenia dóbr osobistych Weroniki Rosatti, która była rzekomo pierwowzorem książkowej Esterki. Decyzja sądu jest dość zrozumiała, zważywszy, że pan Żuławski do najbardziej dorosłych emocjonalnie nie należy. Trudno inaczej nazwać zamiłowanie do publicznego obrabiania tyłka byłym kochankom. Lecz artystom, jak wiemy, wolno więcej. To nic, że przeważnie dotyczy to seksu.

Sprawa wygląda nieco inaczej w przypadku Dody. Artystka wytoczyła proces Mieszkowi Sibilskiemu, członkowi hip-hopowego składu Grupa Operacyjna. W jednym z teledysków raper użył w odniesieniu do Dody określenia „blachara”. Piosenkarka poczuła się urażona i facet musi przeprosić na łamach Onet.pl. Koszt takich przeprosin to bagatela 32 mln zł. Dzisiejsze rozumienie kontrowersji jest więc dość na opak. Kiedyś, żeby być kontrowersyjnym wystarczyło pokazać nagą kobietę, dziś wystarczy powiedzieć, że 2 + 2 = 4. To nic, że nasza gwiazdeczka sama nazywa się diamentową dziwką. O tempora o mores, jak rzekł Cyceron w mowie przeciwko swemu niedoszłemu mordercy.

Swoją drogą, kreacja Dody idealnie trafia w ducha czasów. Wystarczy raz na parę dni rzucić okiem na wspominany wyżej Onet. Niedawno moją uwagę przykuł artykuł o zdradach. Czy zdrada na wakacjach to zdrada? Otóż moi drodzy - zdrada jest zawsze zdradą. Jej zakres to już kwestia umowy między obydwojgiem partnerów. Jeśli uważamy, że flirtowanie z koleżankami/kolegami z pracy nie jest niczym fajnym to tego nie robimy. A okoliczności łagodzące to tylko marna wymówka. Zasada jest prosta – nie rób innym tego, czego nie chciałbyś żeby robili tobie. Imperatyw kategoryczny Kanta.

Inny przykład – artykuł dotyczący pragnień każdego mężczyzny. Z niechęcią kliknąłem w link. Po lekturze postanowiłem sprawdzić czy w spodniach wszystko w porządku. No niby coś tam jest.

Istnieje bowiem taka nieco niemodna dziedzina nauki - nazywa się logiką formalną. Występuje w niej pojęcie kwantyfikatora ogólnego. Na przykładzie:

Wszyscy mężczyźni marzą o cycatych blondynkach z dyskoteki;
Maciej nie marzy o cycatych blondynkach z dyskoteki.

Jaki z tego morał?
Nie jestem mężczyzną. Logicznie rzecz biorąc musiałbym być kobietą. Jednak kobieta nie jest odwrotnością mężczyzny. W oparciu o matematykę stworzyliśmy cywilizację. A mimo to, logika zawodzi podczas lektury Onetu. A może się czepiam?

Właściwie to ciągłe epatowanie seksem zaczyna mnie męczyć. Z każdej strony, w każdej możliwej okoliczności jestem bombardowany płciowymi bzdetami. Muszę pracować więcej i więcej, często opadając z sił, a na słodki deser dostaje ciągłe seksualne natręctwa. W reklamach, artykułach i na bilbordach. Oczywiście seksualność jest piękna. Lecz jak mawiał Paracelsus – "lekarstwo od trucizny różni tylko dawka". Drodzy pijarowcy, ja naprawdę mam własny pomysł na życie.

Nie podoba mi się odzieranie seksualności z ostatnich nimbów prywatności. Przecież w seksie najpiękniejsza jest właśnie relacja między dwojgiem ludzi. Więc niezmiennie uważam, że rodzina, szczery związek, intymność i szeptane na ucho słówka są warte tysiąckroć więcej niż wszystkie gołe dupy świata razem wzięte. Świadomie i z pełną odpowiedzialnością za własne słowa.
Chyba jestem niemodny.

„Oszalałem, bo nie pokazują już niczego innego” – Noam Chomsky

17 lipca 2010

Z dziennika Markiza d’Etate

W stricte platońskim sensie jestem oblubieńcem miłościwie mi panującego Markiza d’Etate. Kocham pracę w korporacjach. Uważam, że nigdy nie wymyślono niczego lepszego. A 8-godzinny dzień pracy przynosi tyle korzyści, że z ich zliczeniem miałby problem nawet superkomputer Naszej-Klasy.

W ścisłej czołówce nieskończonej liczby zalet znajduje się rzecz jasna perspektywa złotej jesieni życia. Emerytura! Cudowne lata, które spędzimy z panią J. podróżując dookoła świata. Może nawet nieco dalej, jeśli tylko rozwój techniki pozwoli. O kasę się przecież nie ma co martwić. ZUS trzyma się mocno; jak Chińcyki w polityce.

Niestety, wiara w system emerytalny jest świadectwem odwagi, której dorównać może jedynie praca na etacie.

Dlaczego? Już śpieszę tłumaczyć. Antropologia kulturowa wspomina o rytuałach przejścia, którym, w celu udowodnienia swej odwagi, musieli poddawać się członkowie niezliczonej gamy plemion i plemionek. Ich sytuacja była o tyle dobra, że ta wątpliwa przyjemność bywała w przeważającej ilości przypadków jednorazowa. Natomiast moje rites de passage zdarzają się codziennie, utwierdzając się w przekonaniu, że poranne pobudki i 8-godzinny dzień pracy to dowód nie lada męstwa.

Niestety, nie jest to męstwo Parsifala, ale raczej pozbawiona refleksji odwaga stadionowego kibola. Innymi słowo taka, którą trudno mi zaakceptować.

Artur Schopenhauer słusznie zauważył, że życie mądre to takie, które dba o teraźniejszość i przyszłość w takim stopniu, ażeby jedno niestało się przeszkodą dla drugiego. Dlatego jestem dobrej myśli, bo nie ważne jak mężczyzna zaczyna, ale ważne jak kończy. Że tak sobie zacytuje klasyka.

13 lipca 2010

Bezbożna walka z tradycją

Richard Henry Czarnecki (PiS) wziął na swoim blogu w obronę krzyż znajdujący się pod Pałacem Prezydenckim. Zdaniem polityka, postawiony przez „ludzi, Polaków, obywateli” symbol powinien pozostać na swoim miejscu. O jego usunięcie zabiegają natomiast „nadgorliwi politycy”. Których „nadgorliwości”, poseł nie omieszkał rzecz jasna odnieść do faszyzmu.

Politykowi PiS chęć usunięcia krzyża kojarzy się „jako żywo ze stanem wojennym”. Ponieważ „wtedy też władza walczyła z krzyżami (…) Jak się to skończyło - wiemy”. Czyżby poseł chciał zasugerować, że próba usunięcia krzyży może w konsekwencji doprowadzić do obalenia całego systemu? Cóż, chyba warto w takim razie spróbować.

W rzeczywistości postawa p. Czarneckiego napawa smutkiem. Przedstawiciel Polski w europarlamencie zachowuje się jak dziadek straszący wnuczkę Babą Jagą czy inną Buką. Retoryka jest zadziwiająco podobna – zostawcie krzyż, bo gdy nie będzie krzyża to przyjdzie zły PRL i was zje. A wraz z nim przyjdą esbecy, stan wojenny, okulary Jaruzelskiego, a nawet ZSRR i sam Breżniew na czerwonym rumaku.

Może właśnie dlatego „osobistym przeciwnikom krzyża sprzed Pałacu Namiestnikowskiego powinno być wstyd”?

Przyznaje Panie Czarnecki – rzeczywiście jest mi cholernie wstyd. A to dlatego, że tacy ludzie reprezentują mój kraj za granicą.

Bo mówiąc całkowicie poważnie – mało kto podważał obecność krzyża na Krakowskim Przedmieściu w trakcie żałoby narodowej. Była to bowiem sytuacja szczególna. Jednak życie toczy się dalej. Minęły trzy miesiące, a Pałac Prezydencki to nie mauzoleum, ale siedziba głowy ś w i e c k i e g o państwa. Dlatego też krzyż powinien zostać przeniesiony, a mediom i politykom nic do tego.

Zastanawia również, dlaczego wykorzystywanie symbolu wiary, jako elementu politycznej przepychanki nie obraża niczyich uczuć religijnych. Mam jednak nadzieję, że wyborcy nie są ślepi i w końcu zrozumieją o co wam, drodzy politycy, chodzi. Przecież krzyż nie jest dla was celem samym w sobie - jest tylko metodą zdobycia i utrzymania poparcia.

Natomiast twierdzenie p. Czarneckiego, że „dyskusja o krzyżu jest żenująca” dyskwalifikuje go jako nowoczesnego polityka. Dyskusja nie jest żenująca. Wprost przeciwnie - jest podstawą społeczeństwa obywatelskiego, którego część klasy politycznej boi się jak ognia. Dlaczego? Bo dialog nie jest na rękę rządzącym. Niechęć do dyskusji to ograniczanie mechanizmów naturalnych dla demokracji. Otwarta debata uzmysławia bowiem, że nie istnieje jedyna słuszna wizja Polski. Co pozwala mieć nadzieję, że przestrzeń publiczna może być czymś dla wszystkich wspólnym. A przecież w tym kraju żyją również ludzie, dla których konstytucja warta jest więcej, aniżeli papier na którym została wydrukowana.

Za żenującą można natomiast uznać argumentację, że przeciwnicy krzyża walczą z polską tradycją, a „za to też nie idzie się do nieba…” Politycy wyjątkowo lubią zawłaszczać pojęcie tradycji. A przecież historia Polski to nie tylko powstania i Mickiewicz, ale także Łyszczyński i Sędziwój. Milczeniem pominę wykorzystywanie przez polityka argumentacji dotyczącej pójścia do nieba. Tym bardziej, że mowa tu o dość naiwnej wizji raju, wyjętej żywcem z mesjanizmu polskiego. Bo przecież człowiekowi nieszanującemu polskiej tradycji narodowej przekroczenie niebiańskich bram nie może być dane.

A tak swoją drogą - czy zakończenie wpisu wielokropkiem nie ma w sobie czegoś romantycznego?

12 lipca 2010

Życie jako czasownik

Chciałbym napisać bloga.

Dlaczego? Bo traktuje życie jako dążenie.

A życie to piękne słowo, które wbrew gramatycznym nieścisłościom, ma w sobie więcej z czasownika niż z rzeczownika. Nie chodzi wszak o korzystanie z istniejącego (nie)ładu. Chodzi o tworzenie nowych jakości. Wbrew zastanym warunkom. O wiarę, że człowiek jest w stanie tu i teraz stworzyć coś, co może wzbudzać zachwyt. Użyta w tytule bloga Wolność dotyczy bowiem życia, które pragnę tworzyć na potrzeby swoje i najbliższych. Odpowiedzialność spoczywa w rękach jednostek.

Toteż sensem działań, ukrytych za parawanem ludzkich losów, jest tworzenie - kreowanie ładu z chaosu. Organizowanie doświadczeń w sposób umożliwiający realizację osobistego szczęścia. Owa twórczość może być rozumiana wielorako - osobiście chciałbym stworzyć dom i napisać jeszcze tysiąc artykułów. W ten sposób zostanę tu na zawsze, a lęk przed śmiercią umrze wraz ze mną. Bo osiągnięte szczęście jest tym co pozostaje, nawet jeśli przyćmiewane bywa troskami dnia codziennego.

Choć niewierze, czuję się na tyle moralny, że chce przeciwstawić się postępującej bezideowości. Szukam wolności. Moja wolność nie jest jednak godnym pożałowania przyzwoleniem na wszystko. Wręcz przeciwnie - moja wolność stoi poza zabetonowanymi etykietkami polityki i filozofii. Filozofia na dwa i pół tysiąca lat zawłaszczyła wolność, która opuszczona, dokonała swego żywota w spazmie rozdzierającego szaty egzystencjalizmu. Saturna pożerającego własne dzieci.

A wolność nie jest grozą. Nie jest polityką. Nie jest filozofią. Jest niczym więcej, jak tylko umiejętnością życia w zgodzie z regułami, którym po tysiąckroć poprzysięgłem w sercu wierność.