17 lipca 2010

Z dziennika Markiza d’Etate

W stricte platońskim sensie jestem oblubieńcem miłościwie mi panującego Markiza d’Etate. Kocham pracę w korporacjach. Uważam, że nigdy nie wymyślono niczego lepszego. A 8-godzinny dzień pracy przynosi tyle korzyści, że z ich zliczeniem miałby problem nawet superkomputer Naszej-Klasy.

W ścisłej czołówce nieskończonej liczby zalet znajduje się rzecz jasna perspektywa złotej jesieni życia. Emerytura! Cudowne lata, które spędzimy z panią J. podróżując dookoła świata. Może nawet nieco dalej, jeśli tylko rozwój techniki pozwoli. O kasę się przecież nie ma co martwić. ZUS trzyma się mocno; jak Chińcyki w polityce.

Niestety, wiara w system emerytalny jest świadectwem odwagi, której dorównać może jedynie praca na etacie.

Dlaczego? Już śpieszę tłumaczyć. Antropologia kulturowa wspomina o rytuałach przejścia, którym, w celu udowodnienia swej odwagi, musieli poddawać się członkowie niezliczonej gamy plemion i plemionek. Ich sytuacja była o tyle dobra, że ta wątpliwa przyjemność bywała w przeważającej ilości przypadków jednorazowa. Natomiast moje rites de passage zdarzają się codziennie, utwierdzając się w przekonaniu, że poranne pobudki i 8-godzinny dzień pracy to dowód nie lada męstwa.

Niestety, nie jest to męstwo Parsifala, ale raczej pozbawiona refleksji odwaga stadionowego kibola. Innymi słowo taka, którą trudno mi zaakceptować.

Artur Schopenhauer słusznie zauważył, że życie mądre to takie, które dba o teraźniejszość i przyszłość w takim stopniu, ażeby jedno niestało się przeszkodą dla drugiego. Dlatego jestem dobrej myśli, bo nie ważne jak mężczyzna zaczyna, ale ważne jak kończy. Że tak sobie zacytuje klasyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz